poniedziałek, 5 lutego 2018

Pies(y) a małe mieszkanie

Raz na rok post by się przydał, no to będzie, i to nawet kilka dni wcześniej.

Moi drodzy państwo, natchnieniem do tego wpisu jest nie kto inny jak szanowna pani Sesja.

Nawet nie wiem czy ktoś to w ogóle przeczyta, ale napisać trzeba, bo to teraz przecież najważniejsza rzecz do zrobienia ;)








A więc na podstawie moich ostatnich przemyśleń, stwierdzam, że tak w sumie to jest mi wygodniej w małym mieszkaniu niż w domu rodzinnym. Dziwne. Wiem.

Mieszkamy w dwie osoby i 5 psów (słownie: PIĘĆ psów) w jednopokojowym mieszkaniu 20 parę metrów kwadratowych. Dla porównania w domu domu mam dwa piętra i podwórko. I pomijając kwestię braku możliwości otworzeniu drzwi i puszczenia psów w pizdu, to tak, serio wygodniej mi się z nimi żyje w mieszkaniu.

Zawsze mnie śmieszą ludzie, którzy poruszając temat psa stwierdzają, że oni to nie mogą, bo mieszkają w bloku, albo, że oni to tylko małego, bo na dużego nie ma miejsca, bo nie mają willi z basenem i pięciu hektarów ziemi. Tak, wiem, przesadzam, ale tak brzmi fajniej.
No więc na nic się wtedy zdają próby wyjaśnienia, że to tak nie działa. Ale jakoś nie ubolewam, nie czuje potrzeby namawiania ludzi na psa, a tym bardziej na dużego - o jednego potencjalnego wkurzającego podbiegacza mniej ;]
Trochę bardziej irytującymi wyrażaczami zdziwienia ilością psów i brakiem przestrzeni są sąsiedzi (głownie w poprzednim mieszkaniu) i znajomi. Zawsze wtedy jest 'ojej, a gdzie wy się mieścicie?' Często czytając takie pytanie, zadane np na fejsie, rozglądam się po pokoju i mój wzrok nie znajduje żadnego psa. Zniknęły? Magia...

Cudownych właściwości wtapiających się w otoczenie piesków nie będę wyjaśniać, nie tym razem, chociaż chyba nawet nie muszę ;)


Za to wypiszę to, co mi się tak podoba w mieszkaniu z psami w bloku:

* wszystkich widzę, mam pod kontrolą. Nikt nie idzie sobie do kuchni wziąć extra dokładkę, ani do pokoju nasikać na dywan.

* przestrzeń (a raczej jej brak) ogranicza dzikie harce. Nie zabraniam psom bawić się w domu, ale nie przepadam za momentami kiedy w domu domu zaczynają biegać albo radośnie skakać z łóżka lądując w sąsiednim pokoju. Oczywiście to im ograniczam tak czy siak, ale w mieszkaniu nawet nie muszę się fatygować, bo tu po prostu nie mają wystarczająco miejsca, żeby się aż tak rozkręcić ;)

* wszystkich mam cały czas obok siebie. W domu domu tylko Iron za mną łazi nawet sikać, reszta się przemieszcza raczej niezależnie. A ja ich lubię wszystkich mieć przy sobie (za wyjątkiem momentów kiedy nie lubię ;] )

* MUSZĘ chodzić na spacery. No muszę. A jak już i tak wychodzę, to polezę te pół godziny dalej niż tylko na siku pod blok. Ogródek rozleniwia - potwierdzone info.

* odgłosy z klatki. Uważam, że dobrze na psa działają. W takim sensie, że psu mieszkającemu w bloku wg mnie łatwiej będzie mieszkać w pokoju hotelowym na zawodach, czy na wyjeździe wakacyjnym. Mam na myśli to, że odgłosy zza drzwi dla psa mieszkającego w domu domu będą nowością i pewnie dla niektórych osobników powodem do wszczęcia alarmu. Pies blokowy jest do takowych dźwięków przyzwyczajony. Chociaż Nana chyba chce na ten temat podyskutować, to jednak u całej reszty się to raczej sprawdza.

* przymusowy socjal. Czy tego chcesz czy nie, socjal jakiś jest. W końcu trzeba minąć sąsiada na klatce, inne psy na osiedlu itd itp.. Przez 2 miesiące mieszkania czarnej suki w bloku udało nam się ogarnąć w duuużo większym stopniu niż przez taki sam, lub nawet dłuższy czas, mieszkania w domu.

* schody. brak schodów. Wiem, wiem, kwestia wychowania i nauczenia psa cywilizowanego ich używania. Ale ja nie umiałam i nadal nie umiem. Moje psy ze schodów zbiegają, spadają, zlatują. Da się je opanować, tak jakby, ale nie jestem w stanie kontrolować ich każdego zejścia ze schodów, jeśli nie idę z nimi. A w bloku tego problemu nie ma - bo nie ma schodów ;]



Co prawda fajnie by było mieć np drugi pokój, czy to rzeczone wcześniej podwórko, i o ile to pierwsze mogłoby przynieść same korzyści, tak za podwórkiem tęsknię głównie z lenistwa. I nienawiści do zimy. Zimnej, lodowatej nienawiści.




Nie wiem czy ten post wniósł cokolwiek do czyjegoś życia, pewnie nie, ale przynajmniej jakoś udało mi się zmarnować ten czas w którym powinnam się uczyć na jutrzejszy (dzisiejszy?) egzamin.
No i jak znowu będę jęczeć, że chcę do domu, bo mi tu ciasno 😈 to sobie to przeczytam i może mi się zrobi lepiej :P



Tak btw, jak ktoś to przeczyta, to niech jakoś da znać, ciekawa jestem, czy jest jeszcze nadzieja dla psiarza marnotrawnego

5 komentarzy:

  1. Przeczytane ;) Ja osobiście od zawsze mieszkam w domu z ogrodem więc nie mam porównania, ale za 2,5 roku jak pójdę na studia to i mieszkanie będzie pewnie nieuniknione, zobaczę jak to jest chociaż ja nie będę mieć raczej wtedy więcej niż dwa psy, chociaż kto wie? :) Ale uważam, że tak jak napisałaś pies który mieszka w mieście ma lepszy socjal niż ten na wsi.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A no i powodzenia na egzaminie! ;) Trzymam kciuki!

      Usuń
    2. Też długo porównania nie miałam, ale byłam dziwnym dzieckiem i pół życia marzyłam o tym, żeby mieszkać w bloku ;P
      Dzięki za kciuki, chyba podziałały :D

      Usuń
  2. Ojj tak, posiadanie podwórka okropnie rozleniwia, zwłaszcza gdy pogoda nie jest najlepsza na spacer. Na wsiach trudno jest pracować nad psim socjalem. Ja idąc na spacer zastanawiam się czy nie powinnam brać ze sobą czegoś do obrony i to nie przed człowiekiem, a psem który rzuci się na mnie lub na jednego z moich kłaków.

    Pozdrawiamy
    Biały Krukk

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pomimo, że moje rodzinne miasto to miasto a nie wieś, to mam ten sam problem.. sąsiedzi notorycznie nie zamykają bramy i ich pies wychodzi sobie sam na spacerki, a jest samcem z jajkami. Nie oni jedyni tak robią, do tego jest od pyty bezdomnych psów. Także spacery to dla mnie ciągłe rozglądanie się dookoła i stres. Ale w wawie też nie jest tak różowo, z tą różnicą, że na końcu smyczy (w najlepszym przypadku) jest właściciel-idiota.

      Usuń